„Blues and Bullets” to kolejny przedstawiciel interaktywnych seriali przygodowych. Mało znane studio A Crowd of Monsters próbuje zawalczyć z Telltale Games o graczy, łaknących ciekawych i emocjonujących historii.
Na pozór ich pierwsza duża produkcja nie wyróżnia się na tle konkurencji, ale już w testowanym przeze mnie pierwszym odcinku, pokazuje pazur, czego niejednokrotnie nie udało się grom od Telltale Games.
A Crowd of Monsters do tej pory wyprodukowało jedną grę na smartfona, oraz niewielką produkcję na Xboxa One. Ich naleciałości niestety wyraźnie widać w „Blues and Bullets”, nie samym gameplayem, ale oprawą graficzną. Bez wątpienia to największy minus całej produkcji. Tekstury są niskiej jakości, a animacje, szczególnie ruchu postaci, nie są zbyt płynne.
Kolejny problem to tnące się animacje, między przechodzeniem z jednej sceny do drugiej. Liczba klatek na sekundę znacząco spada i taki stan potrafi trwać nawet kilka sekund. Przy tak niskiej jakości oprawy technicznej, nie może być mowy o tak słabo zoptymalizowanym silniku.
Na szczęście jest druga strona medalu, czyli oprawa artystyczna. Twórcy założyli sobie, że chcą stworzyć mroczną grę w stylu noir. Jest to o tyle dobry zabieg, że czarno-biała stylistyka nieco przykrywa niedoróbki graficzne, a zaznaczone na czerwono niektóre obiekty, oraz nienaturalna czerwona poświata w wielu lokacjach, przykuwa wzrok, przez co nie skupiamy się jedynie na modelach bohaterów czy tekstur tła.
Ale jak to w takich grach bywa, oprawa graficzna nie jest aż tak istotna jak fabuła.
W „Blues and Bullets” wcielamy się we właściciela baru, od którego wzięła się nazwa gry, Eliota Nessa, byłego policjanta pracującego nad sprawą samego Ala Capone. Teraz po dwudziestu latach drogi Nessa i Capone’a znów się skrzyżują, a wszystko przez tajemniczą okultystyczną grupę porywającą dzieci. Akcja gry rozgrywa się w roku 1955 i oferuje nam alternatywną wersję historii, w której najsłynniejszy gangster świata nie trafia za kratki, a staje się biznesmenem. W pierwszy odcinku historia bardzo wolno się rozkręca, przedstawiając graczowi najważniejsze postacie oraz sam świat gry.
Niepotrzebnie twórcy tak szybko wprowadzili do fabuły retrospekcję, która wybija z rytmu przedstawionej historii. Tym bardziej, że „Blues nad Bullets” ściąga od „The Walking Dead” również wiele elementów akcji. Dlatego też mamy tu strzelaniny, w których musimy wyeliminować kilku przeciwników, po czym bohater automatycznie przechodzi do kolejnej osłony i znów musimy zlikwidować kolejnych wrogów. Fabularnie ma to ogromny sens, ale sama mechanika prostego celowniczka nie jest zbyt przyjemna.
Dużo lepiej wyszły twórcą elementy walki. Nie wymyślono w tej konwencji nic nowego i musimy po prostu wciskać na klawiaturze pokazane na ekranie przyciski, co zdecydowanie lepiej się sprawdza do tego typu produkcji.
W „Blues nad Bullets” za dużo jest chodzenia. Lokacje są wąskie i małe, a nie zawsze nasz bohater może biegać i jesteśmy skazani na wolny chód. Rzadko kiedy możemy rozejrzeć się po większych obszarach, w których mamy kilka elementów interakcji. Te również zostały potraktowane po macoszemu.
W grze nie zbieramy żadnych przedmiotów do ekwipunku, nie mamy również do dyspozycji żadnego dziennika, aby zobaczyć postępy w grze, a interakcja z jakimś obiektem kończy się na jednym lub dwóch nic nie wnoszących zdaniach głównego bohatera. Tym czym broni się produkcja A Crowd of Monsters to najróżniejsze wybory moralne. Tych w pierwszym odcinku było już całkiem sporo, niektóre mniej wpływające na fabułę, inne więcej, ale każda niesie ze sobą pewne konsekwencje, które w późniejszej rozgrywce wpływają znacząco na fabułę gry.
Nie mamy tu więc do czynienia z wyznaczonym odgórnie scenariuszem jak w grach od Telltale Games, gdzie wybory są iluzoryczne, a wszystko i tak podążą odgórnie wyznaczonym torem. Co prawda nie są to wybory zmieniające świat gry o 180 stopni, ale nikt nie powinien poczuć się rozczarowany.
Dodatkowo zachęca to do ponownego zagrania w „Blues and Bullets” po ukończeniu wszystkich z 5 zaplanowanych epizodów.
Drugą bardzo mocną stroną produkcji jest prowadzenie śledztwa. W pierwszym odcinku trafiamy wraz z towarzyszem do pewnego domu, w którym zastajemy zwłoki mężczyzny wbite na metalowe pręty. Jak nie trudno się domyślić, jest to arena szczególnie brutalnej egzekucji. Przeszukujemy cały dom w celu odnalezienia jak największej ilości dowodów. W każdym momencie, za pomocą „tab”, możemy wejść do specjalnego menu, gdzie każda poszlaka czy wskazówka została opatrzona stosownym zdjęciem, a my musimy dopasować je wszystkie do wyrysowanego przez bohatera schematu. Czyli, jeżeli mamy wskazać narzędzia zbrodni, musimy z puli wskazówek wybrać te zdjęcia, które przedstawiają owe narzędzia, którymi posługiwał się morderca.
Gdy odkryjemy, że zamordowany nie był w mieszkaniu sam, wskazujemy 2 lub 3 poszlaki, które temu dowodzą. Wszystko oczywiście opatrzone jest stosownym komentarzem bohatera, niczym w najlepszych filmach złotej ery kina noir. Choć wydawałoby się, że to jedynie chodzenie po większej lokacji i szukanie miejsc do interakcji, ma to swój niepowtarzalny urok, dzięki któremu czujemy się jak prawdziwy detektyw rozpracowujący ważną sprawę. „Blues and Bullets” pokazuje wtedy wszystko co ma najlepsze, a dopasowywanie poszlak do odpowiednich kategorii śledztwa jest doskonałą zabawą, ale i testem na spostrzegawczość i kojarzenia faktów.
Szkoda, że w pierwszym odcinku jedynie raz dano graczowi możliwość prawdziwej zabawy w detektywa. Liczę, że w kolejnych odcinkach będzie tego więcej, dodatkowo przeplatane elementami przesłuchań świadków. Od razu na myśl przychodzi mi „L.A. Noire”, z której to produkcji twórcy mogliby ściągnąć rozmowy z podejrzanymi. Bo te niczym szczególnym się nie wyróżniają. Podczas rozmów mamy możliwość wybrania jednego z dwóch lub trzech zachowań bohatera, które opisane są jedynie słowem kluczem, takim jak np. „pułapka”, „przeznaczenie” czy „złość”.
Tak na dobrą sprawę nie wiemy co nasz bohater powie, ale twórcy zadbali o to, aby wypowiedzi były odpowiednio dobrane, dzięki czemu gracz nie czuje się oszukany, że wybrał odpowiedź, której nie chciał.
Do „Blues and Bullets” podchodziłem pełen obaw, czy twórcom uda się wyłamać z nieco już skostniałego schematu, tak często używanego przez Telltale Games. Grze można wiele zarzucić, przede wszystko słabą jakość oprawy graficznej jak i nie najlepszą optymalizację silnika gry, ale przecież chodzi tu głównie o fabułę, która początkowo również zawodzi. Ale gdy tylko pozwolimy na dokończenie trwającego dwie godziny odcinka, będziemy ostatecznie usatysfakcjonowani rozgrywką. To najlepiej wróży sukcesowi tej produkcji, że dalej chce się obcować z Nessem i poznać rozwiązanie historii, kto i po co porywa dzieci.
[autor tekstu – Radosław Krajewski]







