Niedawno w europejskich sklepach debiutowała gra Dead Island. Prace nad polskim zombie-slasherem trwały blisko 5 lat. Niestety, ostatnich kilku dni deweloperzy z Techlandu nie będą wspominać najmilej. Choć ich dzieło zbiera solidne recenzje, gracze narzekają na liczne błędy i niedociągnięcia. W jakim stopniu przełoży się to na zainteresowanie tytułem?

O Dead Island zdążyliśmy prawie zapomnieć. Gra, którą zapowiadano już w 2007 roku, na długi czas zniknęła z oczu. Dopiero w lutym, gdy w Internecie pojawił się zaskakujący zwiastun produkcji i ujawniono nowego wydawcę (została nim firma Deep Silver), stało się jasne, że nie jest to kolejny projekt z gatunku „vaporware”.
Deweloperzy z Techlandu zapowiadali pełnokrwistą rąbaninę z zombie w rolach głównych i słowa dotrzymali, o czym świadczą oceny recenzentów na średnim poziomie ok. 75% (dane serwisu gamerankings.com). Polska produkcja chwalona jest m.in. za oprawę wizualną i koncept gry. Dobre wrażenie psują jednak kiepska SI oraz mniejsze i większe błędy, których w grze nie brakuje.

Jakby tego było mało, wydawca zaliczył także spektakularną wpadkę, gdy okazało się, że do dystrybucji elektronicznej za pośrednictwem platformy Steam trafiła nieukończona wersja Dead Island, a przygotowane na szybko łatki powodowały szereg nowych problemów (np. kłopoty z zapisem stanu rozgrywki).
Biorąc pod uwagę, że ekipa Techlandu mierzy bardzo wysoko i chce zagrozić takim seriom jak Left4Dead i Dead Rising, niedoróbki mogą pokrzyżować plany ambitnym Wrocławianom, którym ostatnio wiedzie się „średnio”. Call of Juarez: The Cartel, czyli wydana kilka tygodni temu trzecia odsłona westernowego cyklu, okazała się najsłabszą z serii. Pomysł przeniesienia akcji w teraźniejszość nie przypadł do gustu graczom i jak do tej pory gra sprzedała się w nakładzie niespełna 200 tys. egzemplarzy (dane serwisu vgchartz.com). Nasuwa się pytanie, czy Dead Island, którego produkcja kosztowała ponoć przeszło 30 milionów złotych, okaże się bardziej dochodowym przedsięwzięciem?
