Bitwa Battlefield Bad Company 2

recenzje gier na konsole playstation, xbox, wii, Battlefield: Bad Company 2
recenzje gier na konsole playstation, xbox, wii, Battlefield: Bad Company 2

Wydawać by się mogło, że po Call of Duty: Modern Warfare 2 nic nie może nas zaskoczyć w dziedzinie strzelanek FPP – przynajmniej w najbliższym czasie. Ale to nieprawda – Electronic Arts (i DICE) zdecydowała się na wydanie Battlefield: Bad Company 2 w zdumiewająco krótkim czasie po ukazaniu się konkurentki. Trzeba przyznać, że w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło to grze – jeśli weźmie się pod uwagę ilość graczy okupujących serwery w pierwszych dniach po premierze.

Wydawać by się mogło, że po Call of Duty: Modern Warfare 2 nic nie może nas zaskoczyć w dziedzinie strzelanek FPP – przynajmniej w najbliższym czasie. Ale to nieprawda – Electronic Arts (i DICE) zdecydowała się na wydanie Battlefield: Bad Company 2 w zdumiewająco krótkim czasie po ukazaniu się konkurentki. Trzeba przyznać, że w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło to grze – jeśli weźmie się pod uwagę ilość graczy okupujących serwery w pierwszych dniach po premierze. No właśnie – dla nikogo nie jest też zaskoczeniem, że głównym aspektem gry, najmocniej akcentowanym zarówno przez producenta, jak i graczy jest tryb multiplayer. W samym opisie gry chciałbym jednak do pewnego stopnia zignorować oba wymienione fakty – by nie przesłoniły nam one gry jako takiej. Dlatego będę się starał nie porównywać nowego Battlefielda do nowego Call of Duty, a zanim następnym razem wspomnę o trybie multiplayer, złożę najpierw hołd Wielkiej Trójce każdej (no, niemal każdej) recenzji – Mechanice, Grafice i Dźwiękowi.

Mechanika, Grafika i Dźwięk. Battlefield jest grą bardzo ładną – można nawet powiedzieć, że rozgrywka ma walory krajoznawcze. Renderowane okoliczności wirtualnej przyrody, w jakie wrzuca nas fabuła, są warte tego, by na chwilę zatrzymać się i po prostu podziwiać. Zarówno krajobraz, jak i bliższe elementy otoczenia przedstawiają się nam z optymalną ostrością i są płynnie animowane. Wszystko działa bez zarzutu – chyba że dysponujemy wersją na peceta i ledwo mieścimy się w wygórowanych wymaganiach sprzętowych. Jeśli jednak jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami konsoli, możemy nie zawracać sobie głowy optymalizowaniem opcji graficznych – od początku wszystko działa poprawnie nawet w 720p.

Jednak to nie przede wszystkim grafika (moim zdaniem) powoduje, że gracz niemal od początku zostaje „wessany” w świat Battlefielda. Sprawia to w pierwszym rzędzie mechanika i fizyka gry – a dokładniej, ten szczególny „feedback”, jakim częstuje nas gra na każdym kroku. OK, może nie jest aż tak, że każdy wystrzelony nabój, nawet jeśli spudłuje, przeora grunt albo zaryje się w pniu drzewa. Ale dzięki realistycznemu odrzutowi broni każdy strzał naprawdę czuć. Trafieni przeciwnicy również reagują przeróżnie – chwieją się, przewracają, łapią za zranione miejsca… Od samego początku ma się poczucie, że jest się naprawdę w środku pola bitwy (battlefield…) i że najmniejsze nawet działanie nie pozostaje bez odzewu.

Zaimplementowany w grze system Destruction 2.0 – uaktywniający się, gdy gracz przejmuje kontrolę nad jednym z rozsianych na planszy elementów „ciężkiego sprzętu bojowego”, (którym następnie do pewnego stopnia można niszczyć i przemodelowywać otoczenie) sprawia, że „feedback” ten staje się jeszcze wyraźniejszy. Szkoda że nie można w ten sposób zniszczyć naprawdę wszystkiego… Ale wszystkiego mieć nie można – Destruction 2.0 jest straszliwie „zasobożerny”. Możliwe, że pecety w ogóle by go w takim wypadku nie udźwignęły – a nawet że na konsolach byłby przyczyną opóźnienia.

Iluzji dopełniają świetne efekty dźwiękowe. Każdy strzał słychać z osobna, a natężenie dźwięku i kierunek, z jakiego zdaje się dochodzić, wybitnie ułatwia orientację (jeśli dysponujemy osprzętowaniem 3D – iluzja staje się niemal pełna…). Strzały – w zależności od kalibru – dźwięczą w zębach lub dudnią po klatce piersiowej. Jeśli nie macie sprzętu z subwooferem – zakupcie! Nawet, jeśli miałby zostać nabyty wyłącznie dla tej gry, nie będzie to inwestycja chybiona.

Mięcho. No, dobrze – do rzeczy. Czy też, jak mawiały starożytne Gumisie – ad rem. Jeśli nie będziecie uważać, tryb multiplayer tej gry wessie was w całości, przeżuje i wypluje dopiero nad ranem… pojutrze. Bez dwóch zdań, Battlefield: Bad Company 2 to jednak z najbardziej wciągających gier na rynku. Składa się na to kilka czynników: wyważone reguły, zręcznościowa konwencja, system zdobywania doświadczenia, taktyczne i strategiczne możliwości, masowość rozgrywki. Omówimy je teraz pokrótce – niekoniecznie w tej kolejności.

Spekulowano, czy cztery tryby multiplayer na pewno wystarczą. Okazuje się, że obawy były płonne – zwłaszcza Rush i Conquest od dnia premiery cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem i uznaniem publiczności. Umożliwiają wspólną grę nawet 32 graczom równocześnie. Dwa bardziej „kameralne” tryby – Squad Deathmatch i Squad Rush – choć dysponują znacznie mniejszymi planszami, też są bardzo miodne. Zresztą, same plansze, niezależnie od wielkości, to niekiedy prawdziwy pomnik pomysłowości i inwencji twórców. Niemal każda ma też swoją specyfikę.

(Tu niestety miejsce na „Kącik Malkontenta”. W polskiej wersji gry tryb „Rush” został przetłumaczony jako „Gorączka”. Nie dość, że nic to nie mówi o specyfice tej rozgrywki, to jeszcze wynika z prostego do prześledzenia błędu. W pierwszym Battlefieldzie mieliśmy podyktowany fabułą tryb „Gold Rush” – „Gorączka Złota”. Wobec wieloznaczności angielskiego „rush” (które w połaczeniu „gold rush” oznacza tyle, co „bieg po złoto” – na polski tłumaczony tradycyjnie jako „gorączka złota” – samo zaś może oznaczać m.in. „szturm”) stanowiło to zgrabną grę słów. W drugiej części jednak gry tej już nie ma – zwyczajne „Rush” stanowiło co najwyżej jakieś do niej nawiązanie. Za cenę zachowania tego nawiązania w wersji polskiej poświęcono czytelność przekładu – i tak zamiast zwykłego „Szturmu” mamy nic nie mówiącą „Gorączkę”. Szkoda – mała rzecz, a drażni. Może i jestem malkontentem, ale ten zgrzyt jest głównym powodem, dla którego używam wersji angielskiej. Nawet niezła rola Cezarego Pazury w wersji polskiej nie jest w stanie zmienić tej decyzji.)

Czterem trybom rozgrywki odpowiadają cztery możliwe „klasy postaci” – dość klasyczna czwórka Assault – Engineer – Recon – Medic. Engineer jest takim Demoltion i Specialist w jednym. Role zostały tak dobrane, że współdziałanie graczy staje się niemal niezbędne (przy założeniu wyrównanego poziomu graczy – po prostu niezbędne). Wraz ze specyfiką map i założeniami odpowiednich trybów rozgrywki stanowi to niezły strategiczno-taktyczny koktajl. Jeśli dodać do tego naprawdę mistrzowskie zbalansowanie możliwości poszczególnych klas (nawet takie lekkie zgrzyty jak drużyna niemal nieśmiertelnych Medyków niebyt tu przeszkadzają) oraz niezłe wypośrodkowanie między zręcznościowymi i symulacyjnymi aspektami rozgrywki (nie jest to Quake III, ale nie jest to też Operation Flashpoint – gracz jest tutaj ważniejszy niż realizm) – setki godzin dobrej gry gwarantowane! I nie będzie to rozgrywka czysto „zręcznościowa” – bardzo często przyjdzie nam ruszyć głową pomimo fruwających nad nią kul.

System zdobywania punktów doświadczenia przez postać nie jest niczym nowym. Po każdej rozgrywce graczowi (czy też raczej jego postaci) przyznawane są punkty za wykonane zadania, nagrody specjalne i (oczywiście) fragi. Po przekroczeniu kolejnych progów gracz zyskuje dostęp do nowych specjalizacji i coraz cięższego sprzętu. Prosty ten zabieg dostarcza dodatkowej motywacji do kolejnych gier – i jest źródłem prawdziwej satysfakcji. Z drugiej strony, psuje to trochę zabawę graczom „niedzielnym” – ale przecież nikt nie każe pchać się między „no-life’ów”. Od zawsze tego typu gry najwięcej frajdy sprawiały przecież w gronie przyjaciół – lub nawet w specjalnym klanie.

Z myślą o tych ostatnich uruchomione zostały nawet specjalne, dedykowane serwery. Maksymalnie „frajdodajna”, łatwo dostępna gra wyłącznie na własnych zasadach – oto coś, czego brakowało pokoleniu pierwszego Counter Strike. Co prawda zaraz po premierze dławiły się one nieco (serwery, nie zasady) od nadmiaru graczy, ale już widać poprawę. A ich ilość ma się zwiększać z czasem, ponadto pierwsza gorączka graczy musi kiedyś opaść…

Deser. W charakterze dodatku – coś, co właśnie jako dodatek traktowane jest przez wszystkich – fabuła i tryb kampanii singlepayer. Mimo wszystko, zasługuje ona na choć kilka słów. W tej części Battlefielda po raz drugi spotkamy się z tytułową „Parszywą Kompanią”. Preston Marlow jako alter-ego gracza, a wraz z nim Haggard, Sweetwater oraz sierżant Redford. Pierwsza misja w ramach flashbacku i połączenia fabuły poszczególnych części wrzuca nas znów w teatr Drugiej Wojny Światowej – ale to nie trwa długo. Następne siedem godzin gry przeprowadzi nas przez wszystkie chyba rejony zapalne Zimnej Wojny – Boliwię, Kolumbię, czy inne miejsca w Ameryce Południowej, Afryce i w innych teatrach tego przecież globalnego konfliktu Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim. Misje będą ustawione liniowo i opatrzone wieloma skryptami dla większej rozrywki. Klimat tradycyjnie daleki będzie od górnolotnego patosu, jednak z drugiej strony w widoczny sposób utemperowano już nieco zbyt dowcipnych autorów dialogów. Humor w pierwszej części gry Battlefield: Bad Company był kwestią dość kontrowersyjną. Rozumiem i doceniam nawiązania do The Dirty Dozen, ale chwilami miałem wrażenie, że scenarzyści mocno przeholowali. Tym razem ta kwestia jest o wiele lepiej wyważona (a pilot i tak rządzi!).

Podsumowanie. Co tu silić się na podsumowania? Jak wspomniałem gdzieś w trakcie – Jeśli nie będziecie uważać, tryb multiplayer wessie was w całości, przeżuje i wypluje nad ranem. Jeśli byliście rozczarowani nową odsłoną Call od Duty, Battlefield z pewnością Was pocieszy. Jeśli nie zaczniecie grać w tę grę sami, Wasi kumple prędzej czy później i tak Was do tego zmuszą…

Tags from the story
, ,
Written By
More from konadmin

PlayStation 4 podniesie sprzedaż konsol w Japonii?

W Kraju Kwitnącej Wiśni konsole stacjonarne, ostatnimi laty, nie znacznie słabiej się...
Read More
recenzje gier na konsole playstation, xbox, wii, Battlefield: Bad Company 2

Wydawać by się mogło, że po Call of Duty: Modern Warfare 2 nic nie może nas zaskoczyć w dziedzinie strzelanek FPP – przynajmniej w najbliższym czasie. Ale to nieprawda – Electronic Arts (i DICE) zdecydowała się na wydanie Battlefield: Bad Company 2 w zdumiewająco krótkim czasie po ukazaniu się konkurentki. Trzeba przyznać, że w najmniejszym stopniu nie zaszkodziło to grze – jeśli weźmie się pod uwagę ilość graczy okupujących serwery w pierwszych dniach po premierze.

" />